fbpx

Pani od kultury i roślin

3 listopada 2015
Komentarze wyłączone
1 141 Wyświetleń

Najłatwiej spotkać ją teraz w plenerze. Kończy dwa projekty, które trzeba zabezpieczyć przed zimą. Więc sadzi bluszcze przy filarach wiaduktu nad wąwozem na Czubach i otacza rośliny palisadą. Albo wraz z grupą zapaleńców fuguje mozaikowy murek przy boisku na Osiedlu Skarpa. A oprócz tego wykonuje swoje codzienne obowiązki szefowej Domu Kultury „Skarpa” Spółdzielni Mieszkaniowej „Czuby”. Nie dziwi więc, że z pracy wychodzi około 22 i, jako ostatnia, to ona zamyka budynek na klucz.

Korzenie

p.Renata 3A zaczęło się tak… Renata Kiełbińska zamiłowanie do kultury przejawiała od wczesnego dzieciństwa. Jako małą dziewczynkę mama zapisała ją do domu kultury na lekcje gry na mandolinie. Do mandoliny miłością nie zapałała, za to szybko zorientowała się, że w innych pracowniach dzieją się znacznie ciekawsze rzeczy. Bez wiedzy rodziców przepisała się więc na zajęcia w pracowni modelarstwa, gdzie jako jedyna dziewczynka w męskim gronie konstruowała modele. Szło jej tak dobrze, że w wieku lat 12 została mistrzynią Polski w budowie latawców płaskich. Potem poszło już lawinowo: liceum plastyczne, specjalność: pamiątkarstwo i studia artystyczne, dla których przeprowadziła się z Raciborza do Lublina. Dyplom zrobiła z rzeźby i już z Lublina nie wyjechała. Po studiach pracowała jako nauczycielka plastyki, ale po konflikcie z dyrektorką szkoły lekcje plastyki w jej szkole zaczął prowadzić informatyk, a Renata musiała poszukać innej pracy. Tak trafiła do Domu Kultury „Skarpa” (wcześniej zwanym Klubem „Między Nami”), gdzie pracuje już od 28 lat, najpierw jako instruktorka zajęć plastycznych, a od wielu lat jako kierowniczka placówki. Na szefową się nadaje, bo – jak sama się śmieje – ma korzenie prusko-poznańskie i ojca wojskowego, a więc i zamiłowanie do porządku odziedziczyła w genach. Dlatego sprząta pracownię plastyczną po swojej instruktorce, bo pędzle muszą stać dokładnie tak, jak tego sobie życzy pani kierownik. Choć trzeba przyznać, że dla dobra sprawy potrafi też działać niezupełnie legalnie.

Bluszcze

Foto otwierająceWeźmy na przykład te sadzone w wąwozie bluszcze. Owszem, akcja dosadzania 50 sadzonek w pierwszy weekend października była jak najbardziej legalna. Pani Renata wygrała nawet konkurs grantowy Greenpeace’u, do którego zgłoszono 167 projektów z całej Polski. Wybrano z nich 6 zwycięskich, w tym aż 3 z Lublina. Projekt Kiełbińskiej obejmował zazielenienie filarów połączone z działalnością edukacyjną.

Ale początki sadzenia bluszczy były zgoła inne. Jakieś 4 lata temu wraz z Marcinem Skrzypkiem z Forum Kultury Przestrzeni wymyślili, żeby obsadzić filary w wąwozie na Czubach i zrobić z nich swoistą zieloną bramę. Pierwsze rośliny zasadzili więc pod osłoną nocy, partyzancko.

Zresztą w takich działaniach na granicy łamania prawa pani Renata doświadczenie ma niemałe. Na przykład gdy realizowała projekt „Senior graffiti”, finansowany przez Polsko-Amerykańską Fundację Wolności, wraz z grupą młodzieńców nocą oklejała klatki schodowe wlepkami zachęcającymi do dobrosąsiedzkich praktyk, np. „Dobry sąsiad nie jest zły”. W projekcie, jak w wielu akcjach Kiełbińskiej, chodziło też o integrację pokoleń: w tym wypadku seniorzy uczyli się sztuki graffiti od młodych.

Buntowniczość i niespotykane pokłady energii – to cechy charakterystyczne Kiełbińskiej. Jej zapał doceniają zresztą organizatorzy konkursów grantowych. Gdy po raz trzeci startowała w konkursie o środki Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności w ramach programu „Seniorzy w Akcji” Towarzystwa Inicjatyw Twórczych „ę”, organizatorzy pytali ją, czy jest pewna, że akurat ten projekt chce zrealizować, bo według regulaminu dofinansowanie można dostać tylko trzy razy. No więc Kiełbińska trzykrotnie finanse zdobyła – w I, II i IV edycji programu – a za zdobyte środki zorganizowała projekty „Senior graffiti”, „Kurs Upiększania Świata” i „Teatr Tu – Historie lokalne”.

Chociaż słowa „projekt” nie lubi, jak i innych modnych ostatnio określeń. – Teraz jest moda na „eventy”, na jednorazowe warsztaty – mówi. – Tak się nie da pracować. Edukacja kulturalna wymaga ciągłości, dlatego najlepszą metodą jest ta od dawna wypracowana przez domy kultury – metoda cyklicznych spotkań. I niech sobie mówią, że domy kultury mają skostniałe struktury. Ja pracuję w tej branży od kilkudziesięciu lat i wiem, co się sprawdza, a co nie.

Przyznaje jednak, że prowadzenie placówki kulturalnej wiąże się z wieloma bolączkami, najpoważniejszymi z których są obecnie niezbyt wysoka liczba uczestników zajęć i niedobory finansowe. Zgodnie z ustawą o zamówieniach publicznych, spółdzielcze domy kultury nie mogą być bezpośrednio dotowane przez Urząd Miasta. Utrzymują się ze składek mieszkańców płaconych w czynszu, w przypadku „Skarpy” są to 4 złote miesięcznie. – Ja nie mam pieniędzy na superkanapy czy wypasione komputery, jakie mają inne domy kultury. Radzimy sobie, jak możemy – mówi Kiełbińska.

IMG_1291A współpraca z miastem do najłatwiejszych nie należy, choć mogłoby wydawać się inaczej, zważywszy, że nie dalej jak rok temu Kiełbińska odebrała wyróżnienie z rąk prezydenta Żuka za 35-lecie pracy na rzecz krzewienia kultury. Na początku października jednak otwarto kolejny dom kultury na Czubach, przy ulicy Wyżynnej – to zaledwie 7 minut drogi pieszo od placówki kierowanej przez Kiełbińską. Szefowa „Skarpy” nie ukrywa rozżalenia. – Jaki sens ma otwieranie kolejnej placówki tak blisko innej? Przecież są miejsca, także na Czubach, gdzie taki dom kultury byłby o wiele bardziej potrzebny. Na przykład w okolicach ulicy Gęsiej, gdzie buduje się mnóstwo nowych bloków i jest masa rodzin z małymi dziećmi. Dzieci z Wyżynnej chodzą do szkoły tu, na Skarpie. Uczestniczą w naszych zajęciach. Na pewno odczujemy teraz zmniejszenie się liczby uczestników – denerwuje się Kiełbińska.

Pani Renata podjęła oczywiście próbę działania. W ramach rady dzielnicy, do której należy, już dawno temu przygotowała pismo do prezydenta miasta z prośbą o przemyślenie lokalizacji nowego domu kultury. Jak się jednak okazało, prezydent nie mógł się z argumentami mieszkańców Skarpy zapoznać, bo przewodniczący rady z jakiegoś powodu pisma po prostu nie wysłał… Kiełbińska nie składa jednak broni, bo poddawanie się nie leży w jej naturze.

Maki

IMG_5587Tak było też z „Makami”, rzeźbą plenerową amerykańskiego artysty Billa Goulda, którą w ubiegłym roku z pompą i paradą otwarto przy ulicy Romantycznej. Artysta sfinansował rzeźbę z własnych środków jako wyraz sympatii dla osiedla, na którym mieszkał w latach 80., gdy przyjechał do Lublina z żoną – wykładowczynią na anglistyce UMCS. Samo załatwianie pozwoleń i akceptacji lokalizacji rzeźby zajęły jednak ładne parę lat, w czym Kiełbińska uczestniczyła niestrudzenie od samego początku. Wstępnie rzeźba miała stanąć przy kładce nad ulicą Filaretów, lecz spółdzielnia miała inne plany zagospodarowania tego terenu. Po wielu przepychankach w ciągu kadencji dwóch rad osiedla zdecydowano się na obecną lokalizację – przy boisku na Romantycznej.

Maków jest pięć. Mają długość 7,5 metra, a więc są prawdopodobnie najwyższą rzeźbą w Lublinie. Kilkaset ceramicznych płatków kwiatów wykonali mieszkańcy osiedla: seniorzy podczas zajęć w domu kultury, dzieci w szkole, a ceramik poprowadził też warsztaty w Centrum Kultury. Prezes Spółdzielni Mieszkaniowej „Czuby” też wykonał swoją płytkę, a nawet dwie, które – jak żartuje – ogląda czasem przez lornetkę. Angażowanie mieszkańców to zresztą jedna z głównych zasad Kiełbińskiej. Jak twierdzi, mieszkańcy bardziej szanują prace, przy których sami się napracowali. Sprawdza się też zasada, że estetyczna przestrzeń wolniej ulega degradacji. Tak było na przykład z klatkami schodowymi w blokach przy Szmaragdowej i Romantycznej upiększonymi lustrami w ozdobnych ramach – od 5 lat pozostają one w nienaruszonym stanie.

Wracając do projektu Goulda, doczekał się on niespodziewanej kontynuacji. Kiełbińskiej, wielbicielce katalońskiego architekta Antoniego Gaudiego, od lat marzyło się powstanie na osiedlu mozaikowego murku i ławeczki wzorowanych na tych z barcelońskiego parku Güell. Uczestnicy prowadzonych przez nią mozaikowych warsztatów doszli do wniosku, że skoro potrafią już zrobić mozaikowe donice na kwiaty, które zresztą można podziwiać na klatce schodowej budynku domu kultury, mogą też zabrać się za większy projekt i okleić mozaiką murek przy „Makach”. W zorganizowanym wewnętrznym konkursie na projekt mozaiki wygrał ten podejmujący tematykę rzeźby Goulda. Mozaikowe maki zakwitły więc na murku. Nie jest on co prawda jeszcze ukończony, bo fugowanie mozaiki to zajęcie niezwykle czasochłonne. – Mieliśmy skończyć prace wcześniej, ale upały pokrzyżowały nam plany. Ani ja, ani klej nie dalibyśmy rady w takich wysokich temperaturach – śmieje się Kiełbińska. Odzew mieszkańców był na ogół bardzo pozytywny, zwłaszcza gdy dowiadywali się, że przy murku pracują głównie wolontariusze. Chętnie przynosili na przykład płytki z własnych łazienek do wykorzystania w mozaice.

– Raz przejechał obok nas starszy pan samochodem – wspomina pani Renata. – Po chwili wrócił i spytał, co robimy. Gdy mu odpowiedzieliśmy, powiedział, że jest radnym dzielnicy Czuby Północne i zaproponował, żebyśmy okleili mozaiką budynek hydroforni, bo oni też chcą mieć tak ładnie jak my. Zasugerowaliśmy, żeby wynajął profesjonalną firmę. Nie każdy może mieć u siebie mozaikę za darmo. – Kiełbińska zdradza też, że Bill Gould, który przyjechał we wrześniu do Lublina wybrać oświetlenie swej rzeźby, aż uronił łzę wzruszenia na widok mozaikowego murku.

IMG_5593Zimą Kiełbińska będzie mogła odpocząć nieco od bluszczy i maków, ale z pewnością pracy jej nie zabraknie. W jej placówce raz po raz organizowane są nowe atrakcje. W tej chwili współpracuje z reżyserem Michałem Zgietem, który prowadzi w „Skarpie” zajęcia teatralne, oraz z grupą Nizar, odpowiedzialną za warsztaty kuglarskie. Dobrych pomysłów Kiełbińskiej wciąż nie brakuje. Tak było zresztą od dawna. Na przykład 15 lat temu, jeszcze za poprzedniego kierownika „Skarpy”, otworzyła pierwszy w Polsce Klub Kobiet, powstały o kilka lat wcześniej niż podobna grupa z Łodzi, o której mówi się, że była pierwsza w Polsce. Potem pani Renata angażowała się w przygotowania Lublina w staraniach o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. I choć czuje rozgoryczenie, że ówczesny zapał po walce o ESK minął, choć twierdzi, że z ludźmi się już napracowała i może teraz poprowadzić gdzieś na wsi hotel dla psów, z pewnością w lubelskiej kulturze jeszcze nie raz o niej usłyszymy. 

Tekst: Izabella Kimak

Foto: Krzysztof Stanek

Komenatrze zostały zablokowane